sobota, 5 grudnia 2015

Rozdział 43 - Następna lekcja

- To o czym będę się uczyć dzisiaj? -  spytałam ciekawa tematu dzisiejszego tematu zajęć.
- Myślałam o dziedziczeniu tronu. Co ty na to? - spojrzała na mnie.
- Jak dla mnie w porządku.
- Okay to od początku. Będę tłumaczyć to na przykładzie twojej rodziny jeśli nie masz nic przeciwko?
- Oczywiście, że nie. Możesz kontynuować.
- Władze dziedziczy najstarsze dziecko obecnego władcy. Nie zależnie od jego płci. W wypadku kiedy panujący król nie ma dzieci następnego przywódcę wybierają  osoby, które znaczą coś w królestwie. Czyli taka jakby szlachta.
- Co jaki czas zmienia się władza? - przerwałam jej zadając pytanie.
- Właśnie miałam to powiedzieć - zaśmiała się cicho - Zmienia się co sto lat. Oczywiście są wyjątki. Jak na przykład kiedy obecnemu władcy się coś stanie wtedy bez zwłocznie zasiada na tronie jego najstarsze dziecko. Jeśli on też zginie to młodsze dziecko i tak dalej.
- Nie rozumiem - wyznałam.
- Wytłumaczę ci na waszym przykładzie. Jeśli Victor czyli twojemu ojcu nie daj Boże coś się stanie to tron obejmie Jace jeśli i on zginie ty będziesz rządzić. Teraz rozumiesz?
- Tak. Myślę, że tak - odpowiedziałam.
- To dobrze. Coś jeszcze chcesz wiedzieć? - spytała.
- Chyba nie - zastanowiła  się - albo jednak tak.
- Mów więc.
- Co by było gdyby wszyscy z królestwa zginęli? - wymyśliłam hardkorowy scenariusz.
- Prawdę mówiąc nie mam pojęcia - uśmiechnęła się lekko - Jeszcze nigdy nic takiego nie miało miejsca. Ale jedno muszę ci przyznać wyobraźnie to ty masz rozwiniętą.
- Wcale nie. Tak mi po prostu przyszło do głowy - przyznałam.
- Powiedzmy, że ci wierzę - poszerzyła swój uśmiech - Jeszcze tylko jedno i możesz iść. Żeby zostać królem musisz mieć skończone dwadzieścia pięć lat. Jak zawsze są wyjątki ale to zdarza się bardzo rzadko dlatego nie będę ci tłumaczyć. No to by było na tyle.
- To do zobaczenia - wstałam z krzesła i skierowałam się do drzwi.
- Przyjdę do ciebie później i ustalimy datę i godzinę następnego spotkania.
- W porządku.
- No to cześć - pomachała mi a ja opuściłam jej pokój.
Kierowałam się do "mojego królestwa" kiedy na kogoś wpadłam.
- Przepraszam - wybełkotałam patrząc w górę. Spostrzegłam brązowe tęczówki Lucasa. Cofnęłam się o krok, żeby nie stać tak blisko niego.
- W porządku nic się nie stało to moja wina - wyjaśnił patrząc na mnie - O Rosalie nie poznałem cię.
- Bez przesady aż tak się nie zmieniłam przez ten jeden dzień - zażartowałam.
- Nie o to mi chodziło. Zresztą nie ważne - machnął ręką - Co ty tu robisz?
- Z tego co wiem to mieszkam - wzruszyłam ramionami - A tak serio to właśnie wracam z lekcji do swojego pokoju - wytłumaczyłam.
- Chodzisz na lekcje? - zdziwił się.
- Tak do Alice. Jace ci nie wspominał?
- Nie. Raczej nie zdarza nam się rozmawiać o tobie - uśmiechnął się.
- Dobra to ja już pójdę jeśli nie masz nic przeciwko.
- Oczywiście, że nie. Możesz już iść mam nadzieje, że spotkamy się w niedalekiej przyszłości.
- Zobaczymy - uśmiechnęłam się i poszłam do mojego pokoju.